The Masquerade

Porady/Wskazówki

Miłość i śmierć w wiecznej walce o człowieczeństwo. Klasyczny RPG z wampirami w roli głównej. W artykule tym przedstawię starą, ale wciąż niebywale grywalną grę Vampire The Masquerade: Redemption, która zasługuje na poznanie wszelkim fanom RPG. Recenzja ta, mam nadzieję, zachęci do odkopania jej przez młodszych graczy, jak i tych, którzy ją przeoczyli.

Rok 2000 był dla fanów RPG’ów rokiem nadejścia nowego Pana Zniszczenia, czyli Diablo II. Wydany w tym samym roku Vampire The Masquerade: Redemption nie miał absolutnie szans w starciu z Blizzardowym kolosem. Czy jednak oznacza to, że Vampire to gra słaba? Absolutnie nic z tych rzeczy. To gra jedyna w swym rodzaju. Docelowo trafia w inny rodzaj graczy niż Diablo. W takich właśnie jak ja, gdzie Pana Zniszczenia odstawiłem nie przeszedłszy nawet pierwszego aktu, a do przygody krzyżowca wracam niemal co roku. Dlaczego? Postaram się odpowiedzieć na to pytanie.

Vampire The Masquerade: Redemption, podobnie jak młodszy brat Vampire the Masquerade: Bloodlines, rozgrywa się w uniwersum Świata Mroku (tzw. World of Darkness). Jest to cały system mechaniki rozgrywki podobnie jak Dungeon & Dragons czy Warhammer, utworzony na początku lat ’90 i przez lata przechodził różne ewolucje i warianty. My, skupiając się na grze, dowiemy się podstaw w jej trakcie i dlatego początkujący gracze nie pozostaną bez pewnych odpowiedzi. Już klimatyczny pierwszy filmik do gry doskonale wprowadza nas w Świat Mroku i to, że w naszym świecie istnieją wampiry i mają się w najlepsze prowadząc swoją (nie)świętą wojnę – Jihad, wojny klanów, których jest 13.

Główne menu wita nas nastrojową, gotycką muzyką. Po poszperaniu w opcjach i ustawieniach na maksimum (bo nie wiem na jakim PC gra mogłaby nie odpalić. Nie ma też problemów na najnowszych komputerach i systemach w wersji gry z gog.com) klikamy new game i zanurzamy się w…świat normalny. Dowiadujemy się z intra, że jest rok 1143. Nasz bohater, Christof Romuald jest francuskim krzyżowcem toczącym bitwę na Morawskich Wzgórzach z poganami, gdzie zostaje ciężko ranny i wyłączony z walki. Budzi się w Klasztorze Zakonu Czerwonego Krzyża w Pradze. Będąc pod opieką siostry zakonnej Anezki młody krzyżowiec wraca do zdrowia, lecz ledwo po przebudzeniu klasztor zostaje zaatakowany przez poczwary zwane szlachtą. Dzielny wojownik staje w obronie klasztoru i odpiera atak potworów tracąc jednak przytomność z wyczerpania. Gdy budzi się siostra Anezka wyjaśnia sytuację w Pradze. Potwory nocą porywają ludzi z ulic. Panuje strach i przerażenie, a w kopalni srebra zadomowił się demon, który paraliżuje prace wydobywcze tego cennego surowca i tutaj wkracza nas dzielny krzyżowiec. Gra jest liniowa, lecz są momenty, gdy pojawiają się linie dialogowe do wyboru i tu jest taka pierwsza okazja do takiego wyboru. Gracz może wybrać, że wyrusza niezwłocznie o poranku oczyścić zło z kopalni lub stwierdzić, że rana jest jeszcze zbyt świeża i wyruszy, gdy wydobrzeje. W przypadku opcji pierwszej nie ma co komentować, lecz co się dzieje, gdy wybierzemy druga opcję? Pojawi się arcybiskup Giza i rozkaże nam udanie się do kopalni. Tak czy siak zostaniemy tam wysłani. Natychmiast na myśl przychodzi pytanie „to na cholerę ten wybór skoro go tak naprawdę nie ma?” . Owszem, gra jest liniowa i odpowiedzi znaczenia dla przebiegu fabuły tak wielkiego nie mają, lecz będą mieć wielki wpływ na naszą postać i jej człowieczeństwo. Na czym polega ten system? O tym później.

W grze sterujemy głównie myszką. Klawiaturą wybieramy dyscypliny (o nich również później). Możemy swobodnie obracać kamerę w pełnym 3D, a nawet patrzeć na świat z oczu bohatera. Kamera domyślnie ustawiona jest nieco z góry, aby lepiej panować nad polem walki. Grafika mająca już 17 (a niebawem 18) lat zestarzała się godnie. Bije takie Diablo II na głowę. Oczywiście rzuca się w oczy np. okrągła prawa dłoń postaci (gdy druga jest normalna lub obie okrągłe) o facial motion capture możemy zapomnieć, ale to nie ma takiego znaczenia. Gra prezentuje się ładnie i nie odstrasza „pixelozą”. Bardzo ciekawe zachowuje się gra cieni, gdy padają na naszą postać. Cień jest głęboki i dodaje „mroczności” całej grze. Głębie kolorów z oczywistych względów są ciemne i tylko na początku rozgrywki możemy cieszyć się jasnością. Warto tu też wspomnieć o muzyce. Klimatycznej, mrocznej i doskonale komponującą się w Świat Mroku. Początek gry, tzn. oczyszczenie kopalni to wprowadzenie w mechanikę rozgrywki. Uczymy się jak poruszać postacią, jak używać mikstur, jak wprowadzać lekkie i ciężkie ataki, jak działa inwentarz, gdyż nie mamy nieskończonego miejsca w ekwipunku, oraz jak rozwijać postać. Rozwijanie postaci to również inna bajka, gdyż nie mamy tutaj poziomów, a jedynie rangi. Co jakiś czas (najczęściej po wykonaniu zadania) naszym oczom ukazuje się ekran, na którym rozdysponujemy zdobytym wcześniej doświadczeniem zdobytym przez pokonywanie wrogów. I to doświadczenie przekuwany na umiejętności, które podzielone są na 3 kategorie: fizyczne (siła, wytrzymałość, zwinność), socjalne (charyzma, manipulacja, prezencja) oraz mentalne (inteligencja, percepcja, rozum). Wszystkie one wpływają na odgrywanie postaci. Postać słaba fizycznie nie będzie zdolna nosić zbroi płytowej, ani dwuręcznego topora, lecz zamiast tego zna potężne dyscypliny zdolne np. ugotować krew ofiary powodując ogromne obrażenia, lub też zniknąć, by z dalsza ranić wrogów kulami ognia czy wzbudzać w nich szał. Tym właśnie są dyscypliny. Uważać je można za umiejętności magiczne, które kosztują nas krew zamiast popularnej many. Każdy z klanów ma swoje dyscypliny klanowe np. Nosferatu zdolność niewidzialności, Gangrele transformacji w zwierzę itp. Istnieją też dyscypliny uniwersalne jak np. leczenie krwi, które pozwala nam uleczyć się z obrażeń, umiejętność gryzienia (im wyższy poziom, tym większa szansa sukcesu wbicia kłów w szyję ofiary w trakcie walki) czy dyscyplina szybkości zwiększająca nie tylko szybkość ruchu postaci, ale i szybkość ataku. Sama walka jest dość wymagająca i musimy dobrze poznać mocne strony naszych postaci. Tak, napisałem postaci, gdyż po wprowadzeniu nie będziemy już podróżować sami, lecz będziemy częścią tzw. koterii, czyli częścią grupy złożonej z wampirów. Maksymalnie będzie ich 4-ech i każdą postacią możemy sterować jak i je rozwijać. Problemem jest jednak ich AI. Niestety potrafią np. wykorzystać połowę krwi do walki ze szczurem, a gdy przyjdzie trudna walka walczą bez krwi i wpadają szybciej w szał lub po prostu giną, gdy jakiś wampir postanowi się nimi pożywić. Potrafią również zacząć pożywiać się wrogiem w środku walki tym samym stając się wrażliwym na ataki reszty wrogów i dość szybko gryzą kłami piach. Jednak można po części temu przeciwdziałać np. w opcjach gry wybrać możemy, że używać mogą tylko dyscyplin użytych na pasku szybkiego dostępu, lub też dostarczać im butelek z krwią, z których na szczęście sami korzystają (wtedy na ogół sami ich nie mamy) lub w ostateczności możemy zaznaczać jedną z 3 dostępnych wariantów AI tzn. obronna (nasi zaatakują tylko sami zaatakowani), neutralna (zaatakują, gdy my zaatakujemy) i agresywna (atakują pełną mocą w każdego zauważonego wroga i gonią go aż do upadłego).

Wróćmy teraz do tego co w Vampire The Masquerade: Redemption najsmaczniejsze – fabuła. To właśnie ona sprawia, że mamy do czynią z grą nietuzinkową. Totalnym przeciwieństwem Diablo II. Temat błahy – miłość. Jednakże czy miłość z początku zakazana, a potem przeklęta przez Boga może być błaha? Historia opowiada nam o miłości krzyżowca do siostry Anezki, która jest odwzajemniona, lecz z oczywistych względów zakazana. Sytuacja tylko pogarsza się, gdy w następstwie pewnych zdarzeń Krzysztof zostaje nieumarłym, a siostra Anezka postanawia nie pozostawiać spraw losowi. I wtedy zaczyna się walka nie tylko o Anezkę, ale też (i możemy przede wszystkim) o człowieczeństwo krzyżowca. Ten „atrybut” odgrywa kluczową rolę w opowieści Francuza. Gra może się przedwcześnie skończyć na dwa sposoby. Śmiercią całej koterii lub wyzerowaniem człowieczeństwa, któregokolwiek z członków. Jak może do tego dojść? Zabijając niewinnych ludzi. Tak możemy doprowadzić każdego z naszych do wpadnięcia w ramiona Bestii. Z Krzysztofem sprawa ma się jeszcze dodatkowo z dialogami. Wspomniałem wcześniej, że dialogi mają fabularnie niewielkie znaczenie, ale pod względem „bycia człowiekiem” bardzo duże. Czy w czasie podróży krzyżowca poddamy się w poszukiwaniu Anezki? Czy weźmiemy grzechy kogoś innego na własne sumienie? Czy wchłoniemy moc innego przeklętego? To tylko kilka decyzji, które wpłyną na człowieczeństwo naszego protagonisty, które możemy sprawdzić w każdej chwili na karcie postaci.

Walka o swoją utraconą duszę może pochłonąć nas do końca, jeśli grze damy szansę. Jak może się poczuć wojownik Boga obdarty ze swojej świętości, przeklęty i wygnany z królestwa bożego? Jak może kochać, gdy jego własne serce już nie bije? Możemy sobie to tylko wyobrazić, a najlepiej poczuć grając w tą znakomitą grę. Warto na końcu dodać jeszcze 3 rzeczy. Doskonałe użycie staroangielskich słów np. „nay” zamiast „no” i  zwrotów już dzisiaj nieużywanych co tylko dodaje klimatu rodem z wieku XII. Zwłaszcza cudownie wygląda to (a raczej słyszy się to), gdy rozrywka przeniesiona zostaje w lata 1999-2000.  Jest tego jednak i druga strona medalu. Osoby niezbyt dobrze znające angielski będą miały spory problem z grą. Opisy dyscyplin, zawiłe dialogi, opisy zadań, brak oczywiście znaczników utrudnią grę nowym graczom. Na szczęście istnieje nieoficjalne spolszczenie, któremu bardzo daleko do perfekcji, lecz pomoże tym, którzy z grą spotkają się pierwszy raz i angielski nie jest ich konikiem. Kilka słów należy się również trybowi multiplayer. Sam niestety nie wiele mogłem pograć, bo w latach wydania nie miałem nawet Internetu. A gdy dopadłem pełną wersję wiele, wiele lata później mogłem jedynie wyobrażać sobie jak mając dobrego MG i graczy można tworzyć epickie historie, gdyż tryb ten to istny role-play z życia wzięty. Mamy tutaj Mistrza Gry, gdy wszystko tworzy oraz graczy tworzących swoje postacie. Dodać do tego swoich ludzi, skype i piwo i niemal, jakby się grało w sesję na żywo.

Grę polecam z serca każdemu fanowi RPG i krwiopijców. Vampire Masquarade: Redemption z pewnością nie zasługuje na zapomnienie i choć różni się bardzo od młodszego brata, w żadnym wypadku nie jest od niego gorszy. Jest inny, bardziej klasyczny i trudniejszy, a przez to krew naszych wrogów smakuje lepiej, niż najdroższe wino.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o