Seria, z którą grzech się nie zapoznać. Przed nami pierwsza część Mass Effect dokładnie dziesięć lat po premierze

Seria, z którą grzech się nie zapoznać.

Poradnik

Kolejne doskonałe dzieło BioWare? Przyjrzyjmy się pierwszej części serii, która przeszła już do historii klasyki, którą trzeba znać. Przed nami Mass Effect w prologu do zagłady galaktyki czyhającego w ciemnościach.

Trylogia Mass Effect to jedno z nieśmiertelnych dzieł studia BioWare, które na swoim koncie ma też inne gry uznawane dziś za klasyki jak Neverwinter Nights 1 i 2, seria Dragon Age czy dwie części Star Wars: Knights of The Old Republic. Do tego zacnego grona bez wątpienia wpisuje się „Efekt Masy”. Seria ta opowiada o człowieku, który na barkach będzie niósł ratunek dla całej galaktyki. Tak, słowo galaktyka nie pada tutaj przypadkowo. Mass Effect to rozgrywająca się w dalekiej przyszłości, a dokładniej w roku 2184, gra RPG z elementami akcji. Kierujemy tutaj postacią komandora Sheparda (możemy wybrać jakiej płci nasz protagonista będzie choć kanonicznie jest to mężczyzna), który zostaje wysłany z misją zbadania kolonii Eden Prime, na której doszło do dziwnych zjawisk. Jest to wstęp do wielkiej historii zakończonej w Mass Effect 3. Zakup Mass Effect Trilogy stał się doskonałą okazją do odświeżenia sobie tej świetnej serii. Dziś przedstawię wam, drodzy gracze, pierwszą część wydaną dokładnie 10 lat temu i postaram się przedstawić jak wypada ona w czasach, gdy premierę miała już czwarta część zwaną Andromedą.

Mass Effect, jak już zaznaczyłem wcześniej, to gra RPG. Świat widzimy zza pleców głównego bohatera (tzw. TPP widok z trzeciej osoby). Jak w każdym szanującym się reprezentantem tego gatunku , na początek zaczniemy od stworzenia naszej postaci. Na pierwszy ogień będziemy mieć płeć, imię oraz wygląd, gdyż nazwisko pozostanie niezmienne i głównie po nazwisku będą zwracać się do nas postacie niezależne. Do wyboru jest też pochodzenie naszego bohatera. Czy urodził się na Ziemi czy może na ludzkiej kolonii? A może to dziecko kosmosu urodzone na jakimś statku? To kosmetyczne różnice nie wypływają na sam przebieg gry i mają znaczenie jedynie marginalne i mają wyjaśnić dlaczego znalazłeś się w wojsku Przymierza. Następny ekran ma nam przybliżyć charakter postaci. Czy jesteśmy bezwzględni, bohaterscy czy może liczy się tylko przetrwanie. Możemy też to wszystko olać i od razy rozpocząć domyślą „wersją” Sheparda żołnierza. Jednak jeśli chcemy zagrać inaczej to wybór należy oczywiście do nas. Najważniejszy jest wybór klasy postaci tzw. specjalizacji. Jest ich sześć i różnią się dość znacznie dlatego warto poświecić chwilę na poczytanie ich specyfikacji. Żołnierz dla przykładu jak nazwa wskazuje, skupia się na walce, jest obyty ze wszystkimi rodzajami broni i pancerzy i posiada najwięcej zdrowia. Adepci to pewnego rodzaju przeciwieństwo żołnierzy. Są dość podatni na ataki i obsługują tylko lekkie rodzaje broni i zbroi, lecz w zamian posiadają siły biotyczne (coś na wzór magii, ciskają kule mocy w przeciwników, uderzają falą mocy by przewrócić wroga itp.). Inżynierowie to specjaliści od hakowania, leczenia innych członków drużyny, rozstawiania wieżyczek itp. Szpieg specjalizuje się w broni snajperskiej i technologii. Strażnik łączy biotykę z inżynierią, a szturmowiec łączy umiejętności bitewne z biotyką.

Klasę wybieramy tylko raz, więc warto się zastanowić kim zagramy, gdyż odwrotu nie będzie innego, niż rozpoczęcie gry od nowa. Po dokonaniu i potwierdzeniu naszego wyboru przedstawiony nam zostaje filmik wprowadzający, gdzie omawiana jest nasza historia i różni się ona w zależności od wyboru jakiego dokonaliśmy. Dowiadujemy się również, że w 2148 ludzie na Marsie odkryli starożytną cywilizację i technologię po niej pozostawioną. Pozwoliła ona na dalszą eksplorację kosmosu dzięki tzw. Efektowi Masy. Co się działo dalej dowiemy się już w grze i tutaj przejdziemy do systemu dialogów. Jest on skonstruowany bardzo ciekawie i zarazem bardzo prosto. Na pewnego rodzaju kole rozmów dostajemy opcje do wyboru skróconej wersji tego, co powie nasz protagonista. Możemy pociągnąć dialog dalej lub wybrać opcję „zbadaj” gdzie otworzą się nowe opcje, dzięki którym dowiemy się więcej odnośnie podejmowanego tematu. Po ich wyczerpaniu wracamy do poprzedniego menu i zwykle gra daje nam dwie wersje odpowiedzi, by ruszyć dalej. Jedna znajduje się w górnej części koła, a druga w dolnej. Jest to na tyle ważne, że wybierając te wyżej zwiększymy punkty bohaterstwa (czyli po prostu dobry charakter),a dolne odpowiedzi są często nieuprzejme, bezwzględne i zwiększą nasze punkty renegata (czyli tego złego). Niestety ten narzucony styl wymusza na nas już od początku gry, czy grać będziemy bohaterskim dobroczyńcą, czy też nieliczącym się z innymi i ich zdaniem egoistą.

Haczyk polega na tym, że od czasu do czasu w dialogach pojawią się opcje rozmowy podkreślone odpowiednim kolorem (niebieski dobry, czerwony zły) i aby je móc wybrać potrzeba posiadać określoną liczbę punktów charakteru. Te unikatowe opcje dialogowe są dość istotne, gdyż pozwalają rozwiązać problem w sposób nieszablonowy lub dostaniemy informacje niedostępne w inny sposób. Tym samym nieraz staniemy przed wyborem z góry skazanym na opcję drogi, którą obraliśmy i choćbyśmy chcieli np. zabić bandytę, który wcześniej ubił rodzinę nie zrobimy tego i puścimy go wolno, aby otrzymać dużo punktów bohaterstwa. Jedyny sposób, by sprawdzić „co się stanie jeśli” to wczytanie gry sprzed wydarzenia lub zagranie drugi raz przeciwną postacią. Aspekt graficzny jak na rok 2008 jest poprawny i nie dostrzeżemy tu jakiś poważnych gliczy czy modeli, od których krwawią oczy. Oczywiście do roku 2012 i trzeciej części trylogia przeszła spory lifting, lecz nie ma się czego wstydzić i dziś. Tym bardziej na swoje czasy grafika była bardzo ładna, kolorystyka stonowana co mnie się osobiście podobało dodając tym samym powagi historii widma zagłady galaktyki. Jedyne co mnie odrzuciło za pierwszym razem jak i teraz to nieszczęsny efekt ziarna.

Nigdy mi się nie podobał i się to raczej nie zmieni. Wyłączam ten efekt gdziekolwiek się pojawia, ale to kwestia gustu, a nie problemu z grą. Opcja jej wyłączenia istnieje, więc to żaden mankament. Kwestia audio to sprawa problematyczna, bo o ile muzyka ambientowo-elektroniczna idealnie komponuje się w świat gry, tak kwestia dubbingu to sprawa indywidualna. Są tacy co je lubią i tacy co natychmiast przełączają do oryginalnej wersji językowej. Moje odczucia? Pan Komandor Shepard przemawia głosem aktora Marcina Dorocińskiego, którego jest to pierwszy dubbing w grach i to niestety słychać. Postać mówi bez emocji i trudno tu dostrzec charyzmatyczność głównego bohatera. Pewnie z tego powodu w drugiej części, która też jest w pełni zdubbingowana, przemówił już ktoś inny. Postaci kobiecej głos użyczyła aktorka Magdalena Różczka i podobnie jak pan Marcin był to jej debiut. Wypadł już nieco lepiej, choć daleko tutaj od zachwytów jak choćby w zdubbingowanej innej produkcji BioWare Neverwinter Nights czy nowszej Dragon Age. W drugiej części Mass Effect głównym postaciom głosu użyczyły inne osoby. Co do innych postaci nie ma się za bardzo do czego przyczepić. Ja osobiście gram z dubbingiem dla bardziej filmowej gry, gdy skupiam się na tym co na ekranie, a nie na tekście. Tym bardziej, że dialogi nie zawsze są statyczne i często coś w czasie ich trwania się dzieje. W dodatku są też momenty, gdy możemy wykonać,  w krótkim przedziale czasowym, w cut-scenkach akcje bohatera lub renegata. Tak więc zawsze warto mieć rękę na myszce.

Historia przedstawiona w grze to jest to co tygryski RPG lubią najbardziej. Rozkręca się ona coraz bardziej wraz z postępami gry, a my na końcu zostajemy z rozdziawioną gębą wiedząc już, że to co się działo (a dzieje się naprawdę wiele!) to był jedynie wstęp do tego co nas czeka i było jedynie malutkim wydarzeniem poprzedzające nadciągający kataklizm całej galaktyki. Nie śmiem tutaj spoilerować, bo powiedzieć cokolwiek o historii to jak odebrać kawałek chleba głodnemu człowiekowi. Powiedzieć mogę za to co nieco o postaciach i zadaniach, które natkniemy się w naszej przygodzie, bo to przecież też bardzo ważna część gier RPG. A te wykonane są…różnorako. O ile fabuła główna to mistrzostwo samo w sobie, tak zadania poboczne są przyzwoite o ile nie liczymy tutaj zadań związanych z eksploracją kosmosu (o czym za chwilę). Postacie, które napotkamy w naszych podróżach są napisane bardzo dobrze i mają swój charakter. Tyczy się to zwłaszcza naszych towarzyszy broni. Dołączy ich w sumie szóstka. Będziemy wybierać, których z kompanów wybierzemy na misje. Pomiędzy jednak pracą dobrze, jeśli znajdziemy czas na rozmowę na statku z każdym z nich, bo skrywają swoje historie i motywacje działań. Co więcej, gdy któraś z postaci nas szczególnie zaintryguje istnieje możliwość romansu i wejścia w związek z taką osobą. Ma to wpływ nie tylko w czasie obecnym gry, ale też dzięki opcji przeniesienia zapisu z jedynki do dwójki, istnieje opcja ewentualnego dalszego kontynuowania związku. Opcja zapisu gry to świetne rozwiązanie zastosowane też w Dragon Age. Daje to rzeczywiste poczucie, że to co robimy odbije się na losach galaktyki przez cały czas trwania serii, a nie tylko jednej części.

Kolejnym ważnym aspektem Mass Effect jest eksploracja kosmosu.  W pewnym momencie gry dostaniemy własny statek i galaktyka stanie przed nami otworem. Przemierzać będziemy galaktyki i układy, a w nich będą, co oczywiste, planety. Do każdej z nich możemy podlecieć i ją zbadać. Pojawi się zbliżenie na badane ciało niebieskie (bardzo efektowne według mnie) i opis dokładny planety nie tylko związane ze statystykami, ale też historią odkrycia czy nadania nazwy. Muszę przyznać, że jest to bardzo wciągające zajęcie. Czasami na takiej planecie znajdziemy jakieś surowce lub artefakty. Na niektórych jednak możemy wylądować. Wtedy rozgrywka nieco się zmienia i po wybraniu drużyny lądujemy w tzw. Maku (nie mylić z pewną siecią fast-foodów). Jest to pojazd naziemny służący do eksploracji terenu. Możemy w dowolnym momencie z niego wyjść i poruszać się na piechotę. Służy on też jako broń i w razie napotkania nieprzyjaznych istot możemy się z nimi rozprawić. Z początku przyznam, że było to dość ciekawe, niestety, mnie po jakimś czasie dopadła monotonia takiej eksploracji. Lądujemy, szukamy co jest na mapie (czyli artefaktu lub jakiejś bazy) po czym wracamy na statek. Teren jest różnoraki i zmienny co cieszy, ale powtarzalność zaczyna po czasie nużyć i po czasie miałem w głowie „o nie, znów muszę lądować”. Ten aspekt gry nie pojawia się w następnych częściach i wrócił dopiero wraz z Andromedą. Jak dla mnie jest to najsłabszy element świetnej całości.

Na zakończenie warto wspomnieć też o innej kwestii ważnej w RPG-ach. Rozwijanie postaci. Doświadczenie zdobyte po wykonaniu zadań przekuwamy w umiejętności. Każda klasa ma oczywiście swoje unikatowe zdolności, a część z nich się przeplata u innych klas zwłaszcza tych hybrydowych. Umiejętności takie jak np. umiejętność strzelania z broni snajperskiej u szpiega czy moc biotyczna u adepta to jedne z wielu dostępnych ulepszeń. Im lepiej rozwijamy daną umiejętność tym więcej musimy punktów wydać na każdy jej kolejny poziom. Ważne jest też, że co kilka poziomów dostajemy jakiś specjalny bonus. W jedynce jest tych umiejętności bardzo dużo co czyni go najbardziej RPG-owym z całej oryginalnej trójki wydawnictw.

Jak zatem oceniam Mass Effect przez pryzmat lat w porównaniu z pierwszym kontaktem? Bardzo podobnie. Nadal jest to świetna produkcja, a historia w niej zawarta to idealny prolog dalszych wydarzeń. W dodatku bardzo dobrze wprowadza nas w nowe uniwersum jakim jest galaktyka Mass Effect. I co najważniejsze, nie jest to świat skomplikowany i po kilku godzinach czujemy się jak u siebie w domu.  Warto też przyjrzeć się bliżej Kodeksowi, w którym znajdziemy wiele ciekawych informacji o zwiedzanych przez nas lokacjach czy poznanych postaciach. Wiedza jest bardzo dogodnie podawana, przez co nie ma natłoku informacji i bólu głowy. W każdej części poświęciłem sporo czasu w końcówce gry by przeczytać wszystko co do tej pory odkryłem. Trylogię przeszedłem kompleksowo po zakupie dwa razy. Grając jako zły pan komandor – adept oraz jako dobra pani komandor – żołnierz. Nie był to czas stracony i obie te wersje serwują nam świetne danie podane nieco inaczej, ale nie tracąc żadnego smaczka. Nie wiem czy istnieje ktoś kto by w Mass Effect nie grał, ale jeśli tacy się znajdują polecam serdecznie. Również tym, co dawno już nie grali, bo cała seria ani trochę się nie zestarzała.

0 0 votes
Daj ocenę
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments