Hail to the king, baby!” czyli powrót do przygód Księcia w 20 rocznicę wydania.

Hail to the king, baby! czyli powrót do przygód Księcia w 20 rocznicę wydania.

Przygodowe

20-lecie gry Duke Nukem 3D to najlepsza okazja, by ponownie zagłębić się w ten klasyczny shooter studia 3D Realms. Czy Książę wciąż daje radę kopać zadki kosmitom? Przekonajmy się w Duke Nukem 3D: 20th Anniversary World Tour.

W roku 1992 świat zwariował. Id Software wydaje grę pt. Wolfenstein 3D. Grę, którą mianuje się ojcem wszystkich FPS-ów potocznie nazywanych strzelankami.  Był to skok milowy pod względem graficznym (8 Mhz taktowania procesora to było coś!), pseudografika 3D i naziści z Hitlerem na czele, jako antagoniści. Kto by nie chciał postrzelać? Potem lawinowo przyszły kolejne FPS-y, a Id Software stał się niekwestionowanym królem tego gatunku. Swoją koronację przypieczętował wydaniem rok później grą DOOM, który sprzedał się w nakładzie prawie 3 milionów kopii co było czymś kosmicznym w tamtych czasach. 1996 przychodzi na świat Wstrząs (dosłownie Quake) i był to znów skok milowy. Twórcy stworzyli najbardziej bliski pełnemu trójwymiarowi silnik. Brutalna rozgrywka i mroczna oprawa graficzna spodobała się prawie 2 milionom graczy potwierdzając, że twórcy nie mają sobie równych. Tymczasem w tym samym roku wychodzi ze studia 3D Realms w Teksasie  niepozorna gra zatytułowana Duke Nukem 3D i to właśnie na niej chcę się w tej recenzji skupić.

3D w nazwie tytułu posiada tutaj podwójne znaczenie. Jest to zarówno wejście w trzeci wymiar jak i trzecia część dziarskiego anty-bohatera, którego tak wielu ludzi pokochało. Dwie poprzednie części nie były strzelaninami, lecz popularnymi na początku lat ’90 platformówkami. Wraz z pojawieniem się i szale na gry FPS twórcy postanowili stworzyć nowy silnik graficzny i tak o to Książę mógł masakrować obcych w 3D. A przynajmniej w jego bliskim odpowiedniku, bo o ile świat był trójwymiarowy tak przeciwnicy to płaskie  tekstury. Objawiało się to tym np. że zwłoki przeciwników zawsze obracają się w naszą stronę  i nie możemy ich oglądnąć z innej strony. To jednak nie był w tamtych czasach problem. Owszem, silnik Quake’a sprawił, że graficznie Duke nie miał startu do gry ze stajni Id Software, lecz nadrabiał czymś zupełnie innym i nie klękał przed konkurencją, ale szedł z uniesioną głową, jak na Księcia przystało. Fabuła jak zwykle w tego typie grach (aż do czasu Half-Life) była jedynie tłem do masakry przeciwników. Obcy przeprowadzają inwazję na Ziemię, a nasz dziarski blondyn nie zamierza bynajmniej stać bezczynnie i bierze się za robotę. Podstawowa wersja gry to trzy główne rozdziały podzielone na wiele poziomów. W pierwszym odpieramy inwazję z Ziemi. W drugiej przenosimy się w kosmos i przynosimy wojnę do obcych, a trzecia to powrót na Ziemię i dorwanie głównego naczelnika obcej armii. Oficjalnie Powstało również wiele kilka dodatków oficjalnych jak choćby Duke na Karaibach zmieniający cały świat na bardziej…turystyczny np. standardowy pistolet zmieniony na pistolet na wodę, przeciwnicy w hawajskich koszulach i oczywiście masa nowych tekstów wkurzonego bohatera, któremu przerwano wypoczynek i pobyt z kobietami. Inny dodatek polega na odbiciu prezydenta USA, czyli w tym wypadku Billa Clintona oraz Nuclear Winter opowiadający  o ratunku dla….świętego Mikołaja. To właśnie niesamowita dawka humoru sprawia, że przygody Księcia są tak różne od tych wszystkich milczących bohaterów, u których usłyszmy co najwyżej stękanie bólu po otrzymaniu obrażeń. Duke z kolei komentuje wszystko co się dzieje na ekranie. Rozwalimy kogoś z rakietnicy na szczątki? Zabicie potężnego przeciwnika? Nie obejdzie się bez pełnego pogardy komentarza.  Nie brakuje tu też seksistowskich uwag odnośnie kobiet lekkich obyczajów.

Drogie Panie, nie martwcie się, Duke to też bohater pełną gębą i istny rycerz w srebrnej zbroi, bo czy inaczej można postrzegać kogoś kto mówi „No one steals our chicks…and lives” (Nikt nie kradnie/zabiera naszych panienek…i żyje). W dodatku jego zachrypnięty głos nagrany przez amerykańskiego DJ’a Jona St. Johna idealnie zgrywa się z napakowanym, do bólu prostolinijnym, napompowanym testosteronem bohaterem akcji pokroju postaci z „Terminatora” czy „Rambo”. Kolejną sprawą wyróżniającą Księcia na tyle innych gier, była dotychczas niespotykana interakcja ze światem gry. Tzn. mogliśmy robić wiele rzeczy wliczając w to grę w bilard, rozwalanie szyb, ekranów, koszy na śmieci, poprzez oglądanie się w lustrze (Damn, I’m looking good!) i…sikanie do pisuaru czy kibelka (Och, much better!) co przyczyniało się do +10 punktów zdrowia. Kolejnym wielkim plusem gry i zasadniczo fundamentem udanej strzelaniny jest właśnie samo strzelanie, a to jest wykonane w tym tytule idealnie. Broni jest 10 i czuć „kopa” strzelając z nich. Shotgun to do dziś mój prywatny numero uno, jeśli chodzi o ten rodzaj broni. Dźwięk wystrzału, siła uderzenia i odgłos przeładowania mogą śnić się po nocach. Inne bronie konwencjonalne to również majstersztyk. Trójlufowy karabin maszynowy pruje  gradem pocisków , rakietnica zmienia przeciwników w krwawą miazgę i nawet pistolet brzmi świetnie. Bronie bardziej fantastyczne jak „zmniejszacz”  to również jeden z bardziej ciekawych narzędzi zbrodni. Zmniejsza przeciwników dzięki czemu Duke może z nich zrobić czerwoną plamę na bucie. Zamrażacz zamrozi obcych, a bohater podejdzie do zamrożonego i uderzając z buta rozbije go na kawałeczki. Trzeba jednak pamiętać, że te bronie mają ograniczony czas działania na trafionego obcego, więc czym prędzej trzeba delikwenta dopaść, nim wróci do normalnej formy. Poziomów jest dużo i są dość długie, ale na szczęście nie są to labirynty i przechodzi się je bez większych problemów, że gdzieś się zgubimy. Nie ma tu też powrotów na wcześniejsze poziomy warto zatem dokładnie spenetrować poziomy, gdyż na każdym znajdują się sekrety. Zwykle są to bronie lub atomowe zdrowie (+50 i możliwość podniesienia maksymalnego zdrowia do 200 punktów), ale zdarza się, że w sekrecie znajdziemy przejście na ukryty poziom, jest więc czego szukać.

Na odwieczne pytanie co lepsze?

Duke Nukem czy Quake odpowiedź mogę dać tylko jedną: są to gry inne, lecz z pewnością z obiema wypada się zapoznać, by wydać swój werdykt. Jaki jest mój? Książę jest tylko jeden! Uwielbiam go za jego szydercze komentarze, masę humoru, świetną rozgrywkę pomimo gorszej oprawy graficznej. Na swoje czasy nie wątpliwie była to gra nowatorska i mogła z łatwością uroczyć graczy. Nawet dziś niektóre gry nie osiągają takiego poziomu interakcji ze światem jak staruszek Duke. Nawet wydany dużo, dużo później Duke Nukem Forever niestety nie osiągnął tego poziomu. Gdy ja 15 lat temu zostałem oczarowany produkcją i dziś gdy wróciłem do gry, dzięki wydaniu Duke Nukem 3D: 20th Anniversary World Tour, znów poczułem się jak dzieciak, a Książę nie zestarzał się ani trochę. Polecam każdemu ten klasyk dzięki właśnie tej edycji za grosze dostępne na platformie gog.com.

0 0 votes
Daj ocenę
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments